O autorze
Cześć, mam na imię Kasia i od roku "zawodowo" opiekuję się moją mamą, która cierpi na stwardnienie zanikowe boczne (tzw. SLA). Choroba ta atakuje nerwy, prowadząc do całkowitego zaniku mięśni. Obecnie życie mamy zależy od aparatury medycznej - od ponad roku podłączona jest do respiratora, nie porusza się, żywiona jest przez sondę, nie może mówić. Opiekuję się nią sama 24/7 i choć moje życie zmieniło się o 180 stopni - z szalonej podróżniczki zwiedzającej kraje azjatyckie wyewoluowałam w domatorkę w sterylnych rękawiczkach - nie poddaję się! Wciąż poszukuję najlepszych metod terapii dla mamy oraz rozwijam swoje pasje (tak, w wersji online także jest to możliwe!).

W ramach niniejszego bloga chciałabym przybliżyć czytelnikom rzeczywistość osób opiekujących się osobami chorymi, opowiedzieć jak można odnaleźć się w nowej sytuacji i pokazać, że ten czas, czas zajmowania się członkiem rodziny, choć trudny, może należeć do radosnych oraz pozwolić na rozwój osobisty.

Podziwiam Pielęgniarki.

Każdą z nich – szczególnie te, pracujące na oddziałach intensywnej terapii (OIT). Miałam możliwość obserwowania ich pracy przez pół roku, gdy moja chora na SLA mama była na OIT. Teraz, kiedy jest w domu (na stałe podłączona do respiratora i niewykonująca żadnych ruchów), a ja zajmuję się nią sama, mogę na własnej skórze przekonać się jak bardzo ciężki zawód one wykonują.

Jak w dużym skrócie wygląda praca pielęgniarek?
Pielęgniarki pracują po 12 godzin, w stresie. Jedna pielęgniarka przypada na 1,5 pacjenta, dwóch lub trzech, jeśli są braki kadrowe. A są. 90% pielęgniarek pracuje na dwa etaty. W praktyce oznacza to, że z jednego szpitala, po 12 godzinnej zmianie, idą do drugiego, też na 12h. Potem często wracają do tego pierwszego na następne 12h. W skrajnych przypadkach po wyjściu z domu w poniedziałek, wracają w środę (na zwykłych oddziałach zdarza się, że są 2 pielęgniarki na 60 pacjentów). Są przemęczone, a praca jest ciężka i odpowiedzialna. A to od ich pracy zależy przecież ludzkie życie!



Jakie są ich podstawowe zadania?
Muszą pilnować podawania leków kilka razy dziennie, płynów, żeby pacjent się nie odwodnił, parametrów takich jak tętno, puls, saturacja. Ważny jest także stanu moczu, wydzielin - czy nie ma infekcji. Pielęgnują odleżyny, rany, np. takie przy tracheotomii, czy żywieniu przez sondę. Myją zęby, czeszą, robią kąpiel w łóżku, czy zmieniają pampersy, które często zwyczajnie śmierdzą. Robią także badania zlecone przez lekarza, a w między czasie wypełniają tony dokumentacji. Reagują w sytuacjach kryzysowych - np. kiedy spada saturacja, co oznacza w dużym skrócie, że ktoś się dusi.

Jak sobie radzić w sytuacji kryzysowej?
Z taką sytuacją miałam do czynienia dzisiaj rano. Przez ponad 2h walczyłam o utrzymanie wentylacji, żeby mama się nie udusiła. Jednocześnie musiałam robić kilka rzeczy. Dmuchać powietrzem z podłączonym dodatkowym tlenem z worka ambu.
Odsysać wydzielinę z rurki tracheotomijnej, sprawdzać poziom saturacji np. takim sprzętem:
Potem wlewać sól fizjologiczną, żeby rozpuścić wydzielinę. I znowu: dmuchać, odsysać, dmuchać, wlewać, monitorować urządzenia – i tak przez 2h.

Jeżeli dodać do tego ogromny poziom stresu, odpowiedzialności i 100% koncentracji, wychodzi wybuchowa mieszanka. Bolały mnie ręce, przez ciągłe używanie worka ambu. Fakt, że było to rano, więc nie zdążyłam zjeść śniadania, czy napić się, nie pomagał. Pod koniec już mi było bardzo słabo – tak, że własnego tętna wolałam nie mierzyć. Głowa pękała mi od jednoczesnego "wycia" respiratora, "piszczenia" pulsoksymetru i "warczenia" ssaka. Kiedy po tych 2 godzinach sytuacja trochę się ustabilizowała, zestresowana i umęczona mama, poprosiła, żeby włączyć jej telewizor i "przelecieć" po kanałach. Może akurat by coś leciało, żeby mogła pooglądać i się trochę uspokoić - zająć głowę czymś innym. Przez to, że dwie godziny z porannej rutyny mi uciekły – mama nie była umyta, pampers nie został zmieniony, leki niepodane, jedzenie niepodłączone, nie dostała nawet wody a ja z osłabienia ledwo widziałam na oczy marząc o zjedzeniu tabliczki czekolady na raz i popiciu jej litrem coli dla wątpliwej jakości wzmocnienia. Szczerze? Włączyłam telewizor, ale kolejne przeskakiwania z kanału na kanał sprawiły, że miałam ochotę wyrzucić pilot za okno i powiedzieć p*, nie robię. Ledwo stoję, masa podstawowych rzeczy niezrobiona, a ja mam stać i "pykać" kanały w TV. No sorry.

Oczywiście rozumiem potrzebę mamy, bardzo prozaiczną i tak naprawdę banalną, która jednak w kontekście całej sytuacji, koszmarnie mnie zirytowała.

To były tylko 2 godziny. To jest moja mama, którą kocham najbardziej na świecie tak bardzo. I zajmuje się tylko nią, nie mam innych osób w podobnym stanie, czekających na moją pomoc.

Dlaczego podziwiam pielęgniarki?
Dlatego, wracając do pielęgniarek z OIT, podziwiam je. Opiekują się minimum 2 osobami, za które są odpowiedzialne, nie jedną, jak ja. Niejednokrotnie są proszone przez pacjentów o całą masę rzeczy/czynności - przykryć, odkryć, pić, jeść, coś boli, swędzi, poprawić poduszkę, nie wygodnie, radio włączyć, wyłączyć. Do tego dochodzi rodzina ze swoimi prośbami, żądaniami. Czasem są one zasadne, czasem nie. Czasem na oddział trafiają osoby z chorobą alkoholowa. Widziałam nie raz jak wyrywały one sobie wenflony od kroplówki, żeby uciec z ze szpitala i móc się napić.


Jaka czeka nas przyszłość?

Podziwiam pielęgniarki, ja nie dałabym rady będąc na ich miejscu. I słuchanie tekstów w stylu: Pani Kasiu, Pani jest niezastąpiona, normalnie anioł, jak pielęgniarka, jak lekarz, nawet lepsza, najcudowniejsza!, paradoksalnie wkurza. Szczególnie w trudnych sytuacjach, jak dziś. Co mi z tych komplementów? Żadnym aniołem nie jestem, tylko człowiekiem. A opieka nad chorymi to ciężka, fizyczna praca, która dzięki komplementom nie stanie się łatwiejsza. Potrzebna jest realna pomoc, konkretne działanie. Działanie, które odciąży - zarówno opiekunów osób niepełnosprawnych (mój pomysł tutaj) jak i pielęgniarki. Pielęgniarek jest mało. Za mało. Zdecydowana większość ma ok. 50 lat. Za chwile wszystkie pójdą na emerytury. I co wtedy?
Trwa ładowanie komentarzy...